W tym roku nasz zimowy wyjazd na Ukrainę obrał kierunek Gorgan – jest to jedno z licznych pasm Wschodnich Karpat. Wszystko zaczęło się spotkaniem całego składu (Radek, Woodson i ja) na dworcu w Przemyślu, wieczorem 29 stycznia.
Następnego dnia ruszyliśmy z samego rana, busem do granicy. Delikatne obawy o zezwolenie przekroczenia (był to czas strajku służby granicznej) granicy został szybko rozwiany. Generalnie ujmując – nawet skorzystaliśmy z całego zamieszania. We Lwowie znaleźliśmy się po południu. Standardowo zaopatrzyliśmy się tam na lokalnym przydworcowym targu w kiełbasę, szponder i słoninę. W pobliskim supermarkecie kupiliśmy resztę produktów spożywczych i odpowiednią ilość alkoholi na ukraińskie warunki zimowe :-). Później spacerkiem wdrapaliśmy się na kopiec „Unii Lubelskiej”. Późnym wieczorem wyjechaliśmy w stronę Ivano-Frankivska gdzie mieliśmy przesiadkę, po której ruszyliśmy w kierunku Nadwirny.
W pociągu relacji Ivano-Frankivsk – Nadwirna - Jaremcza spożyliśmy alkohol z policjantem, co spożyło nam przyjaciela (człowiek ten chciał podreperować wizerunek Ukrainy – no bo jak to można pić wódkę z policjantem… - nam to oczywiście nie przeszkadzało), który zaprosił nas do siebie (w Nadwirnej wylądowaliśmy koło 3 w nocy a busa dalej mieliśmy koło 6)na kolację/śniadanie i oczywiście wódkę.
Po 6 wyjechaliśmy z Nadwirny, przyznam szczerze nieźle zmęczeni… Naszym celem a zarazem początkiem pieszej wędrówki była Bystrzyca. Tu wylądowaliśmy koło 8 rano, uzupełniliśmy zapasy i ruszyliśmy pieszo w dalszą drogę. Szlak prowadził przez dużą dolinę , wzdłuż potoku „Salatruk”. Tego dnia nasze fizyczne zdolności były mocno ograniczone (widzę tu pewien związek z ilością spożytych % dnia i nocy poprzedniej…) co bezpośrednio przełożyło się na chęć dalszej wędrówki. Ostatecznie dotarliśmy do skrzyżowania rzek i tu w chacie drwali na strychu rozbiliśmy namiot i spędziliśmy noc.
Następnego dnia rześcy jak skowronki ruszyliśmy w dalszą drogę. Pogoda dopisywała. Nasza droga tym razem wiodła wzdłuż rzeki „Salatrucził”. Tak po kilku krotnym przekraczaniu tej rzeki weszliśmy w las. Na nasze nieszczęście śniegu było bardzo dużo a jakość śniegu był chyba najgorszy z możliwych. Śnieg bowiem nie był ani ubity ani zmrożony. Kilku krotnie sam wpadałem „grubo za pas” i żeby się wydostać z takiego dołka musiałem zdejmować plecak i wygrzebywać się na kolanach. Wolno bo wolno pieliśmy się jednak coraz wyżej. Kryzys nastąpił w momencie delikatnego zagubienia się. Przyczyny były chyba trzy : niedokładność mapy, brak umiejętności jej czytania i zła pogoda. Tej nocy okopaliśmy się w śniegu zapaliliśmy ognisko i na tym się skończyło.
Rankiem postanowiliśmy wejść jeszcze wyżej, wtedy już się sytuacja naszej lokalizacji wyjaśniła ale coraz większa ilość śniegu i coraz gorsze warunki pogodowe uniemożliwiły nam dalszą drogę (tu szacunek dla zapału Woodsona, który bardzo chciał przeć dalej). Udaliśmy się w drogę powrotną do Bystrzycy, gdzie chcieliśmy spędzić noc. Jedyna jako taka możliwość nocy w domu jest w ”U Wiktora”, szczerze jednak odradzam, pan ten bowiem krótko ujmując jest cwaniakiem i próbuje zbić kasę za szybko (życzył sobie za nocleg 50 hrywien – ci co znają Ukrainę wiedzą ile to jest 50 hrywien w tym kraju…). W Bystrzycy posililiśmy się jedynie barszczem i zasłużonym piwkiem i mimo późnej godziny ruszyliśmy w stronę Doliny Legionów. Po niecałej godzinie marszu dotarliśmy do małej chaty gdzie spędziliśmy noc.
Następnego dnia weszliśmy na Przełęcz Legionów gdzie przywitała nas piękna pogoda. Później zeszliśmy na przeciwną stronę przełęczy. Tu też zaliczyliśmy drobne zagubienie, ale na szczęście był to stan chwilowy. Po tej stronie gór odwiedziliśmy cmentarz legionów i opuszczoną wioskę drwali (może z powodu niedzieli) i ruszyliśmy dalej. W planach mieliśmy rozbicie namiotu, ale spotkaliśmy po drodze leśniczówkę, w której udało się Radkowi wynegocjować nocleg, jak się później okazało darmowy.
Dalsza droga prowadziła nas przez miejscowość „Łopuchów” gdzie zdecydowaliśmy, że dalsza część wyjazdu będzie nas prowadzić nie przez góry a przez miasta. W „Łopuchowi” zjedliśmy po porcji pieljemieniów (nie wiem jak to poprawnie odmienić) i wypiliśmy po piwku a może po dwa :-). I w dalszą drogę ruszyliśmy autobusem. Dotarliśmy tą formą transportu do „Tjacziwa”, położonego przy granicy Ukraińsko – Rumuńskiej. Stąd ruszyliśmy pociągiem do „Uszhorodu”. Tam znaleźliśmy się po 22 i znając zasobność naszych portfeli zrezygnowaliśmy z hoteli (które cenowo przypominają resztę Europy) i spędziliśmy tę noc drzemiąc na dworcu. Tu kilka słów o dworcach. Na Ukrainie dworzec to wizytówka miasta i mimo dającej się dostrzec biedy, dworce są naprawdę ładne i czyste. Mimo jednak tej zalety Ukrainy, noc ta nie należała do najwygodniejszych.
Z samego rana ruszyliśmy zdobyć Uszhorod. Na zdobywaniu oczywiście zszedł nam cały dzień… nie ograniczyliśmy się tylko do strefy zabytkowo – historycznej tego miejsca. Zainwestowaliśmy również nasz czas w odwiedzeniu miejscowego targu gdzie najedliśmy się jak prosiaki pieljemieniami, nie omieszkaliśmy również zakosztować klimatu licznych barów, pubów i kafejek. Czas płyną nam tam szybko i przyjemnie. Nawet zagraliśmy z policja a raczej milicją w miejscową zabawę: „co mi zrobisz jak mnie złapiesz?” odpowiedzi nie znaleźliśmy, bo oczywiście złapać się nie daliśmy :-).
Noc dla odmiany spędziliśmy tym razem w pociągu (przed tym jednak wzięliśmy szybki „prysznic” w toaletach dworcowych wzbudzając i zdobywając sympatię lokalnego personelu WCtu). Rano znaleźliśmy się w miejscowości „Sambir” skąd podążyliśmy „elektriczką” (ukraińska nazwa pociągu osobowego) do Drohobycza, czyli do miasta Bruno Schulza i jego „Sklepów cynamonowych”. Drohobycz sam w sobie jest niestety brudny i tworzy bardzo przygnębiającą atmosferę jednak jak w każdym mieście wystarczyło i tam dobrze poszukać. Po 40 minutowym spacerze dotarliśmy bowiem do najstarszej drewnianej cerkwi w Galicji. Z Drohobycza „marszrutą” (czyli autobusem lub, busem) pojechaliśmy do Lwowa.
We Lwowie udało nam się znaleźć nocleg u polskiej rodziny (polecam stanąć tylko przed domem Towarzystwa Polskiego na starym rynku a niestety lwowscy Polacy będą się o was dosłownie bili). W stolicy Galicji spędziliśmy dwa dni zwiedzając i integrując się z miejscową młodzieżą.
Na zakończenie wyjazdu zrobiliśmy tradycyjne, przygraniczne zakupy :-).
Serdecznie polecam Ukrainę wszystkim!!!
text: Detox/17III2008/