Witam! Postanowilem, ze jednak relacje powstana na zywo. Postaram sie je pisac raz w tygodniu (tu chce cos wyjasnic - to nie jest blog ani zaden epamietnik - jestm daleki zeby pisac takie gowno, wiec nie bede tego robil, bo nie chce), beda to krotsze lub dluzsze opisy i przemyslenia tego co to zastalalem :-). Nadal nie mam pl znakow, wiec sorki jak cos nie bedzie zrozumiale. Druga sprawa to brak pl worda wiec moich bledow ortograficznych tez nikt nie bedzie sprawdzal jak nalezy... kazdy kto mnie choc troszke lepiej zna wie o co chodzi :-).
Wlasnie mam offa wiec postanawiam troszke popisac. Na poczatku myslalem, ze opisze wszystko jak wroce do domu, ale znajac zycie, to nie bedzie mi sie chcialo :-).
Moze zaczne wszystko od poczatku, bo ten tydzien byl dosyc zakrecony i zwariowany. Wszystko zaczelo sie 9 czerwca w sobote o 6 rano. Nie milosierna i nie ludzka to godzina ale coz taka karma. Razem z tata wsiadlem do samochodu w moim rodzinnym Jedrzejowie i pojechalismy do Warszawy na Okecie. Na miejsce zajechalismy duzo przed czasem, bo kolo 10:30. Chcialem jeszcze na naszym kochanym, najwiekszym w Polsce lotnisku skorzystac z internetu ale jak sie okazalo nie ma tam takiej mozliwosci, a jedyna kafejka jest na wprost pierwszego terminalu w hotelu i 15 min kosztuje jedyne 15 zl ale... wuaga jest promocja!! jak sie bieze kompoter na pol godziny to wtedy placimy jedyne 25 zl!!!! Serdecznie podziekowalem za taka oferte i niestety z internetu nie skorzystalem. O godzinie 14:15 na stapila wiekopomna chwila. po raz pierwszy wzbilem sie w przestworza. Przed samym lotem mialem stresa, ale chyba nadaje sie na lotnika, bo naprawde od samego poczatku bardzo mi sie podobalo. Przesiadke mialem we Frankforcie i po okolo 10 godzinnym locie o 19:15 dotarlem na JFK Airport w Nowym Yorku.
Po zebraniu wszystkich ludzi, a zeszlo sie nas kolo 20 osob z roznych lotow, zostalismy przetransportowani do New Jersy do hotelu Ramadan czy jakos tak. Z rana worcilismy do NY, tylko, ze tym razem do centrom na Manhatan, do jakiegos Bus Station, ktorego nazwy juz nie pamietam. Tu mialem kolo 3 godzin czasu zeby sobie pochodzic po slynnym NY i pisze szczerze troszke sie rozczarowalem tym co zobaczylem. Nie chce oceniac calego miasta z perspektywy 3 godzin ale miasto jest brodne i nie przytlacza swoja welkoscia tak jak to sie wydaje ogladajac amerykanskie filmy. Ale co zobaczylem to moje i ucieszylem sie kiedy moglem pospacerowac obok Empire State Building i po Broadwayu czy posiedziec na laweczce kolo Madison Square Garden.O 11 oposcilem to miasto i wyroszylem w kieronku Stanu Maine na polnocny-wschod kolo granicy z Kanada. Na swoj camp zajechalem na 19:00, po drodze zatrzymalismy sie po godzinie w Boston i Portland, ktore wydaly mi sie calkiem sympatycznymi miastami.
Na samym kampie pracyje sobie spokojnie i bez stresu. Dzienni moze "mecze" sie jakies 6 - 7 godzin myjac garki :-). Juz nawet powoli, mimo ze jestem tu dopiero tydzien, dopada mnie monotonnia. Ale przybywajac tu mialem zalezenie zeby sobie otpocza i troszeczke doznac rekonwalescencji po calym, ciezkim :-) roku akademicki. Puki co bardzo dobrze mi to wychodzi, zaczyna mi sie ksztaltowac brzuszek i rosnac drugi podbrodek :-)... Minusem jest to, ze mimo, jak widac chyba na zdjeciach, jest tu piekne jezioro ale z roznych przyczyn do najblizszego wtorku nikt sie nie moze w nim kapac... naszczescie do wtorku juz nie daleko :-).
Na teraz to juz koniec moich wypocin, za tydzien postaram sie opisac troszke atmosfere i ludzi z ktorymi pracuje oraz postaram sie zaopserwowac i potweierdzic lub zaprzeczyc lub potwierdzic kilka amerykanskich mitow.
Pozdrawiam wszytskich serdecznie co trafiaja od czasu do czasu na moja stronke, i tych co nie trafiaja tez w sumie pozdrawiam. POWODZENIA WSZYSTKIM W SESJI - jak byscie sie z Michalkiem pouczyli w maju to byscie juz wszystko mieli z glowy :-). Pozdro.
Witam, witam i o zdrowie pytam!!?? Ten tydzien przyniosl bardzo wiele!! Wymieszaly sie pozytywne i negatywne mysli i zdarzenia. Naszczescie tych pierwszych bylo o wiele wiecej. Przez caly tydzien praca, praca i praca -> przygotowania do przyjazdu campersow co nastapilo wczoraj ale o tym pozniej. Udalo sie nam odwiedzic Ocean Atlantycki :-). Spedzilismy tam caly dzien tj. 21 czerwca. Bylo bardzo sympatycznie i pozytywnie mimo lodowatej wody. Sloneczko za to nadrobilo strate kapieli i wszyscy spalilismy sie jak wegiel albo lepiej jak buraki :-). Dzisiaj tj. 24 czerwca dla odmiany wybralem sie na samotny spacer na pobliska Bear Mountain z ktorej to podziwialem piekny widok okolicznych wzgorz. Mam nadzieje, ze nadciagajcy tydzien bedzie jeszcze bardziej obfity w tego typu wydarzenia.
W pracy za to monotonia, ale nie do konca -> pomykam codzienni meleksem :-)bo ktos smieci z kuchni musi wywozic-sama przyjemnosc bo oboz jest duzy i coraz to nowe drogi sobie wymyslam. Wczoraj jak juz wyzej pisalem przybyli campersi i juz nie jest tu tak spokojnie. Ciagle slychac gwar, smiech i krzyki ale to raczej wszystko na plus, za wyjatkiem brudnych garkow jakie wytwarzaja te male potworki.
Zeby nie bylo wszystko tak kolorowo teraz troszke sobie ponarzekam. Uwazam za nie dobry pomysl rozdzielenia (a tak to tu wyglada) ludzi w rodzajach pracy. Juz tlumacze o co chodzi. Anglojezyczni pracuja jako opiekunowie, nieanglojezyczni na kuchni i w pralni - co mimo szczerych checi powoduje pewna roznic w patrzeniu jednych na drugich. Brak wspolnych kontaktow (ich praca wymaga od nich bycia w innych miejscach nasza w innych) od samego pocztku sprawilo to ze wyglada to nie ciekawie. Ale jakos sobie z tym radzimy bo mamy w kuchni Alexa i kilka babeczek amerykanek z ktorymi dajemy rade... no prawie :-).
Inne smutne mysli jakie mnie nachodzily w tym tygodniu to niestety glupi standart - > a mianowicie co bym robil jak by mnie tu nie bylo - wiem, ze to glupie ale bedac w jednym miejscu zawsze zaluje tego co bym mogl w tym czasie robic innego. I tak ptzypomnialem sobie o gorach i Woodstocku :-(...
W planach mam kupienie uzywanego roweru... ale to sie jeszcze zobaczy.
Bunt :-)!!! Nie chce mi sie dzis nic pisac :-). Moze nadrobie to w nadciagajacym tygodniu, a moze za tydzien. Pozdrowionka z Apallachow!!!
To juz prawie miesiac jak sobie siedze w lesie :-). Przedostatni tydzien byl naprawde ciezki, wiele rozmyslalem (tak nawet mi
sie to przytrafia :-)), dopadl mnie kryzys i zdalem sobie sprawe ze jednak organizacja dzieki ktorej tu trafilem nie pomaga luzdia
a raczej ich wykorzystuje - ale o tym dluzej - ku przestrodze - napisze po skonczeniu pracy. Aktualnie nabralem nowych sil i pozytywnie mysle
o wszystkim. Monotonia pracy czesto wykancza ludzi - ale ja ja wykorzystuje do planowania i myslenia o wielu sprawach (powtarzam jeszcze
raz nawet mi sie to zdarza) - co zaowocowalo kiloma konkretnymi postanowieniami...
Od ostatniej niedzieli (tj.1 lipca) wydarzylo sie kilka ciekawych spraw odbiegajacych od monotoni. Trafilismy nad ocean (zdjecia umiescilem
juz tydzien temu - opisy i nazwy powinny sie kiedys pojawic...), naszczescie nad inna jego czesc niz kilka tygodni wczesniej - mniej komercyjna.
Widoki byly niesamowitw - od samego poczatku jak tu jestem mam wrazenie, ze niebo i chmury sa owiele nizej niz w Polsce - moze to tylko wrazenie a moze i nie...
Przetrwalismy tez 4 lipca - Dzien Niepodleglosci, ktory byl u nas na campie obchodzony 3 lipca :-)... z roznych powodow. Byly fajerwerki... i tyle,
jakos takie mieszane odczucia siedza we mnie ale coz...
Na dzisiejszy dzien mialem ambitne plany. Chcialem sie dostac jakies 30 mil stopem do szlakow gorskich ale niestety rano obudzil mnie
siarczysty deszcz i kapusniaczek towarzyszyl nam prawie do 12:00. Ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo - poleniuchowalem,
pojadlem sobie i poczytalem ksiazke. Ku naszej uciesz po poludniu zawitalo nad campem slonko!!! Niestety na dalsza wyprwe czsu juz nie bylo.
Zmobilizowalismy sie jednak szybko i wyruszylismy na dluzszy spacer do miejsca ktore ja juz odwiedzilem 2 tyg. wczesniej - Bear Mountain. Mily byl to czas :-).
A teraz bede juz konczyl. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
I gratulacje zdanej sesji dla tych ktorzy tego wyczynu dokonali i powodzenia tym co jeszcze walcza!!!
A ten czas tak szybko sobie biegnie :-). I biegnie i biegnie i biegnie...
W tym tygodniu uswiadomilem sobie, ze zapomnialem opisac zdarzenia z przed 2 tygodni. A mianowicie wizyty w kosciele Swietego Michala (Episcopal - Anglican Church). Trafilismy tam dzieki uprzejmosci Dajany (jednej z amerykanek ktora pracuje z nami na kuchni) i Matki Barbary ("glowy" tej parafii). Kosciol ten tworzy mala spolecznosc, bardzo otwarta jak sie okazalo na nowych i ciekawskich wiernych. Dla mnie pozytywnym i przyjemnym odczuciem bylo przyjecie i goscinnasc jaka nas ta spolecznosc obdarzyla. Ciekawym doswiadczeniem byla rowniez sama Eucharystia (i to nie tylko dla tego ze kaplanem byla kobieta... moja babcia jak by to zobaczyla to by chyba na zawal serca umarla :-)), uczestnictiwo - naprawde czynne w nabozenstwie wszystkich wiernych, jak i przy nie przyjmowaniu komunii osobiste blogoslawienstwo Matki Barbary. Po mszy udalismy sie wszyscy na lunch z czescia wiernych.
Ten tydzien minol dosyc szybko i nie uwierycie co robilem przez caly tydzien... mylem garki!! Pewnie nikt nie zgadl :-). Ale mycie i monotonnia sprzyja rozmyslaniu i podejmowaniu konkretnych decyzji. Jedna z nich jest to, ze od poczatku wrzesnia pojawie sie w Slowackich Taterkach (jak ktos ma ochote dolaczyc to serdecznie zapraszam i prosze o informacje). Mimo pozytywnego nastroju jaki mi towarzyszyl w tym tygodniu nadal jestem bardzo zdenerwowany na firme "dzieki" ktorej sie znalazlem na campie - ale o tym napisze dokladnie po zakonczeniu mojej wizyty w tym chamburgerowym kraju :-).
Dzis, znow dzieki Dajanie i jej rodzinie odwiedzilismy Reid State Park. Jest to miejsce polozone na wybrzezu stanu Maine na wyspie. Musze szczerze przyznac, ze amerykanie umieja organizowac sobie miejsca w ktorych maja odpoczywac i sie relaksowac. Tu kazdy mogl znalezc cos dla siebie - lowienie ryb, plywanie, spacerowanie, wspinanie po skalkach, podziwianie pieknej przyrody. Niestety jak pech to pech i kolo 14:00 przepedzila nas burza.
Jutro zaczyna sie nowy tydzien - od jakiegos czasu zaczyna mi sie zyc tu lepiej -> nabylem nowej umiejetnosci lub jak kto inny woli filozofi zycia (ale bez obaw nie bedzie ona glownym kredo mojej koegzystencji) -> tumiwisizm :-).
POZDROWIENIA!!!!!
Mijajacy tydzien przemknol bez wiekszych rewelacji. Moze poza takimi ciekawostkami jak dzien rodzicow ( tu okazalo sie ze nie tylko w Polsce maluje sie "trawniki na zielono" podczas wizyty kogos waznego), spaniem caly wolny dzien, czy jedzenie homara ;-).
Niestety, poprzez cala ta monotonie nie mam weny do pisania...
A bardzo mile mnie zaskoczyli moi rodzice w tym tygodniu!! Ktorym udalo sie dotrzec do tej strony i do tej relacji!! Mamo, Tato serdeczne pozdrowienia!!!!
I kolejny tydzien przeminol!! Czy to dobrze czy zle tylko czas pokaze. Znow jak zwykle wymieszaly sie ze soba pozytywne i negatywne zjawiska.
To byl pierwszy tydzien na Campie w ktorym dni wolne od pracy wyrownaly sie z dniami w ktorych zmywalem gary :-). Udalo mi sie nawet 2 dni spedzic w gorach - wpelzlem na Bald Mountain i Tumbledown Mountain - bylo to 24-25 lipca. Noc spedzilismy pod Mt. Blue. Generalnie byla to mila odskocznia od codziennosci ale niestety zbyt krotka.
W poniedzialek tj. 23 lipca przezylismy imieniny naszego szefa Alexa - nie mialy nic wspolnego z dradycyjnymi imieninami polskimi - ale moze to i lepiej bo bysmy na nastepny dzien do pracy nie wstali :-). Tego dnia odwiedzila nas rowniez szanowna inspekcja Camp America - ktorej sie oberwalo - ale coz taka karma i na "przepraszamy" sie skonczylo - teraz moze brzmi to troszke nie zrozumiale dla kogos kogo tu nie ma ale postaram sie po powrocie napisac obszerniejszy tekst czemu tak a nie inaczej....
W piatek tj. 27 lipca spedzilismy poludnie nad oddalonymi od nas o ponad godzine drogi wodospadami. Calkeim sympatycznie czas ten spedzilem spiac na skalach :-).
Dzis bylismy na szopingu :-). Zakupilem sobie czaderskie okulary!!! Teraz to jestem macho!!!
Niestety z rana doszly nas dzis rowniez zle wiadomosci -> z Campu zostal usuniety jeden z nielicznie nam sprzyjajacych consulerow Thomas - szkoda bo naprawde sympatyczny to czlowiek - i jak sie rowniez okazalo atmosfere sobie psuja sami ludzie na najwyszszych stolkach... no a jak my zyc mamy kiedy przyklad idzie z gory jak postepowac mamy??!!
Zbliza sie dla mnie najciezszy tydzien -> niestety i takie musza byc :-(. Ale wiedzialem o tym od samego poczatku wiec sam jestem sobie winien, no bo ma sie rybki albo akwarium. Obyscie wszyscy moi mili mieli jak najpiekniejsze chwile w KOSTRZYNIE!!!!
WSPIERA WOODSTOCK 2007!!!!!
Najciezszy tydzien za mna! Uff. Czemu najciezszy??? Jest takie spotkanie raz do roku w Kostrzynie nad Odra... niektorzy nazywaja je zlot brudasow czy czarownic :-). Dla mnie to jest najlepsza impreza w jakiej bralem udzial w calym swoim zyciu...
Myslalem, ze bedzie naprawde ciezko ogladac to wszystko co dziac sie mialo w Kostrzynie... ale na szczescie, pozytywnie sam siebie rozczarowalem!!! Nie powiem, raz lezka w oku mi sie zakrecila, ale poza tym naprwde czulem szczescie i radosc, ze tyle ludzi bawi sie tak swietnie w tak niesamowitej atmoswerze!! Jak by to powiedzial pewien "Mlody" (tu pozdrowienia dla Ciebie czy to przeczytasz czy nie...): "mialem w sobie radosc!!!!!" i ta pozytywna atmosfera siedzi we mnie nadal i na szczescie ulotnic sie nie chce :-).
Okulary, ktore sobie zakupilem w tamtym tygodniu robia furrore na campie :-). Dowody tego szalenstwa mozna obejrzec w galerii.
Do mojego powrotu do Polski pozostalo juz tylko poltorej tygodnia. Mam nadzieje, ze ten czas wykorzystam jak najlepiej i pozytywniej.
Pozdrowienia dla wszystkich co sa w Polsce i poza nia: W Londynie, w Glasgow, w USA (nie, nie pozdrawiam sam siebie :-)), w Niemczech, na Ukrainie i tych co maja prawdziwe wakacje,i tych co ciezko pracuja, i tych co ucza sie do egzaminow. I pozdrawam tez przede wszystkim tych co sie do tych kategorii nie zakwalifikowali.
Jak ktos, kto byl na Woodstocku i ma chec i ochote to poprosze o jakies wiesci z tego "przystanku do piekla" :-).
Ostatni tydzien minał szybko i niestety czesto mało przyjemnie. Ale to materiał na calkiem inna opowiesc. Po przepracowaniu dziewieciu tygodni i dwoch dni nadszedł czas na powrot do domu... Ta niemal trzy dniowa podroz była na faszerowana wieloma smiesznymi sytuacjami. Wspomniec tu moge chociazby o: blyskawicznym pakowaniu, piciu taniego winka na ławce koło szpitala w Lewiston, spozywanie browarka z Litwinem, zwiedzanie NY, opoznionym locie, zamianie miejsc w samolocie no i zagubieniu bagazu przez Lufthanse :-).
Powinno sie pojawic w ostatnich dniach sierpnia...