Powrót na stronę główną Detoxowa

Bałkany 01-28 VIII 2006
Uczestnicy:
-Radek (Przemyśl/Toruń)
-Michał (Jędrzejów/Toruń)

[Rozmiar: 142835 bajtów]

Ciężko jest pisać o wydarzeniach, które miały miejsce ponad rok temu. Żałuje jednego, że na bieżąco nie prowadziłem już wtedy czegoś w rodzaju dziennika… Udało mi się odnaleźć jedynie skrawki jakiś notatek ale i tak nie pełnych bo doprowadzonych do 15 sierpnia. Ale cóż, taka karma :-). Postaram się jednak mimo takiej trudności zrekonstruować to co miało miejsce pomiędzy 1 a 28 sierpnia 2006 roku.

Z kąt cały pomysł wyjazdu?? Ogólnie rzecz ujmując był to spontan połączony z chęcią podróżowania i ciekawości… Tak najprościej można to ująć. Zawsze pociągały mnie kraje, które mają do zaoferowania coś więcej niż tylko zwykłe zabytki (chociaż i to jest bardzo istotne), ale również konflikty, inność i delikatny dreszczyk emocji. Oczywiście zabrakło czasu i pieniędzy żeby odwiedzić w wakacje 2006 odległych krajów na innych kontynentach, więc siłą rzeczy nasze zainteresowania skierowały się praktycznie od razu na Bałkany.

Wyjazd był planowany już od maja. Staraliśmy się w miarę naszych sił i możliwośći przygotować do niego jak najlepiej. Dużo czytaliśmy, słuchaliśmy i gromadziliśmy mapy i przewodniki. Tu jedną sprawę chciałbym wyjaśnić. Na polskim rynku znajduje się kilka przewodników po Bałkanach są one całkiem niezłe, lecz po samej Albanii w naszym ojczystym języku jest tylko jedna „księga życia”. Nie chcę tu tworzyć żadnej reklamy a raczej antyreklamy (nie podam też autora i wydawnictwa bo zainteresowani i tak wpadną na trop tej lektury), ale przewodnik ten jest beznadziejny. Ma wiele wad i błędnych informacji (np. dotyczących infrastruktury Tirany).

1 SIERPNIA - DZIEŃ PIERWSZY

Spotkałem się z Radkiem w Krakowie o 9 rano i tu zaczęła się nasza przygoda. O 9:11 wsiedliśmy do pociągu jadącego do Rabki. Od tej miejscowości już nie daleko do granicy Polsko – Słowackiej, rozpoczęliśmy stopowanie. Pierwszy samochód który się zatrzymał po kilku minutach – może z litości bo padało- nastroił nas bardzo pozytywnie. Naszym kierowcą bowiem okazał się młody i sympatyczny ksiądz. Na granicy byliśmy już o godzinie 11 (Chyżne). Po przekroczeniu borderu :-) na pieszo zaczęliśmy „machać” zaraz za przejściem. Przez długi czas nikt się nie zatrzymywał co nie nastroiło nas zbyt pozytywnie. Jednak po około 1,5 godzinie bezruchu zatrzymał się tir. W planach mieliśmy jechać przez Węgry i tego póki co się trzymaliśmy. Jednak po krótkiej rozmowie, ku naszej radości, Wojtek (tak miał na imię młody kierowca), dowiedzieliśmy się że jedzie on do… Zagrzebia!! Niesamowite – drugi stop tego dnia – i jedziemy bezpośrednio do stolicy Chorwacji!!! Nasza trasa tego dnia z przerwami na posiłki i ciepłą kawę, wiodła przez Słowację (Bratysława) i Węgry. Na Węgrzech już późnym wieczorem zatrzymaliśmy się na parkingu na nocleg. Tu spotkała nas kolejna niespodzianka – Wojtek poczęstował nas browarami – ostatnimi polskimi :-). Oczywiście wypiliśmy tylko po dwa bo więcej nie było :-( no i na następny dzień trzeba było wstać wcześnie rano.

2 SIERPNIA - DZIEŃ DRUGI

Pobudka 3:55 :-(!! Nienawidzę wstawać wcześnie rano!! No ale cóż, powtórzę to drugi raz: taka karma. Wyjechaliśmy chyba jakoś przed 5 rano. Koło 9 rano przekroczyliśmy granicę Węgiersko-Chorwacką. Tu spotkała nas śmieszna historia. Moja mama przed wyjazdem zrobiła nam kanapki i opakowała je w złotka -> były pyszne :-). Po ich zjedzeniu, złotko wsadzaliśmy nieświadomie gdzie popadnie. Dziwnym trafem pogranicznik kazał wyjąć nam wszystko z kieszeń… a tam było pełno srebrzących się złotek. Gdy to zobaczył od razu rzucił się na nie niczym pies i zaczął je wąchać od wszystkich stron z niesamowitą pasją. My jak to zobaczyliśmy, wpadliśmy w ogromny napad śmiechu. Niestety nie wyszło nam to na dobre. Strażnikowi nie spodobał się nasz humor i zostaliśmy totalnie przeszukani… nawet musiałem rozkładać namiot :-). Po tej sytuacji wróciliśmy do Wojtka, który był już po stronie Chorwackiej na przygranicznym parkingu. Nadal w tym samym składzie dotarliśmy do Zagrzebia. Tu nasze drogi się rozeszły a raczej rozjechały. Wojtek pojechał do Słowenii a my zostaliśmy na autostradzie pod Zagrzebiem (pamiętam, trochę tego żałowałem – ale zdecydowaliśmy się nie zwiedzać stolicy Chorwacji – jak się później okazało, trafiłem do tego miasta kilka miesięcy później :-)… ale to całkiem inna historia…). Tu mieliśmy trochę problemów: nikt nie chciał się zatrzymywać na autostradzie i policja nie dawała nam spokoju. Ale znowu szczęście nam sprzyjało i po kilku godzinach zatrzymał się Chorwat. Igor (tak miał na imię nasz nowy kierowca) mówił bardzo słabo po angielsku (z naszym angielski też nie ma rewelacji więc dogadywaliśmy się całkiem nieźle :-)) dowiózł nas do samego wybrzeża (Novi Vinodolsk-miejscowośc kilkadziesiąt kilometrów na południe od Rijeki) i zaproponował nam nocleg w domku letniskowym -> wydał nam się na tyle sympatyczny, że bez strachu skorzystaliśmy z oferty. Zwiedziliśmy miejscowość w której niespodziewanie przyszło nam wygodnie spać, napiliśmy się pierwszy raz chorwackiego piwa i na tyle na ile język nam pozwolił rozmawialiśmy z Igorem. Tu pierwszy raz usłyszeliśmy o wojnie… ale ta rozmowa toczyłą się również w bardziej lightowych tematach.

3 SIERPNIA - DZIEŃ TRZECI

Tego dnia pozwoliliśmy sobie pospać troszkę dłużej -> wstaliśmy o 7:15 :-). Rano czekała nas miła niespodzianka – kawa na tarasie a z niego widok na Adriatyk – cud, miód i powidła. Za namową Igora zrezygnowaliśmy z dalszej podróży i poszliśmy w góry do pobliskiego zamku i klasztoru. Tam znaleźliśmy kolejne piękne widoki. Zejście na dół zajęło nam 2 może 3 godziny. Z małymi problemami, znaleźliśmy nad morzem wolną przestrzeń bez hoteli czy kurortów (Chorwacja jest ciekawym krajem lecz niestety powoli zaczyna się zmieniać w kraj gdzie pieniądze są sprawą najważniejszą), gdzie zjedliśmy obiad. Po tym jak się posililiśmy ruszyliśmy w dalszą drogę jednak niespełna po kilku minutach zaczął padać deszcz – niewyobrażalnie silny. Początkowo próbowaliśmy chować się pod koparką :-) ale to nic nie dawało. Znaleźliśmy więc szybko miejsce koło drogi i rozbiliśmy namiot. Niestety przyszło nam tam spędzić noc.

4 SIERPNIA - DZIEŃ CZWARTY

Ten poranek nie należał do najprzyjemniejszych, wszystko mieliśmy przemoczone i na dodatek wiał dość silny wiatr. Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy na pieszo szukać dobrego miejsca do dalszego stopowania. Na własnych nogach doszliśmy do okolic miejscowości Sibinij. Tutaj koło małej stacji benzynowej zaczęliśmy machać. Niestety mieliśmy pecha i ugrzęzneliśmy tam na dobre kilka godzin. Około godziny 13, chyba z litości bo zaczęło padać, zatrzymał się wąsaty jegomość, który niestety nie jechał dalej wzdłuż wybrzeża ale w głąb Chorwacji. Mimo to zabraliśmy się z nim, bo jak się okazało miejscowość do której zmierzał była położona jakieś 150 km od Splitu co było lepszym wyjściem niż siedzenie w jednym miejscu. Do swojego miejsca docelowego, pan z wąsami dowiózł nas na godzinę 15. Chorwacja nie nadbrzeżna to całkiem inny kraj. Mimo pięknych górzystych widoków, nie ma tu już hoteli, pensjonatów i kurortów, a ślady wojny są tu wciąż na wyciągnięcie ręki. W Gracac zrobiliśmy zakupy i zdecydowaliśmy, że do Splitu dojedziemy autobusem. Ten jak się okazało nie należał do najtańszych. W Splicie zawitaliśmy koło godziny 19. Miejscowość ta, mimo swoich dużych rozmiarów i typowo turystycznego nastawienia zrobiła na mnie spore wrażenie. Klimat jaki panował w pałacu Dioklecjana polecam każdemu, szczególnie pijąc smaczne chorwackie winko. W Splicie zabawiliśmy kilka godzin, i zaczęliśmy z niego wychodzić koło 23. Niestety musieliśmy wędrować ponad 2 godziny, zaczym znaleźliśmy miejsce na rozbicie namiotu. Miejsce to było przy drodze szybkiego ruchu, nieopodal blokowisk. Jednak dzięki zmęczeniu, huk samochodów nie przeszkadzał nam we śnie.

...ciąg dalszy nastąpi w najbliższym czasie...



Zamknij okno